fbpx

Rozczarowująca Toskania

„Zachorować na anginę kilka godzin przed własnym ślubem to słaba akcja, ale wybierać się później do Chianti, jednego z najważniejszych regionów produkcji wina we Włoszech, z antybiotykiem w torbie, to już jest niefart ;)” – myślałam, gdy koleżanka próbowała mnie umalować przed ślubem, mimo spływającego co chwilę przez wysoką gorączkę make-up’u…

W podróż poślubną do Toskanii pojechaliśmy trochę z braku laku, bo tam gdzie chcieliśmy w sierpniu nie było odpowiedniej pogody, a ten region Włoch zachwalali wszyscy. „Sielskie krajobrazy i malownicze widoczki…”,; „Pełne uroku średniowieczne miasteczka…”; „Jedź, a nie pożałujesz!”; „Doskonała kuchnia!” mówili… I znowu sprawdziło się stwierdzenie, żeby nie nastawiać się nie wiadomo na co, bo potem będzie rozczarowanie…

W skrócie – szału nie ma i drogo w chuj 🙂 Wydaliśmy dużo, dużo więcej niż za dwa razy dłuższe wakacje w Azji. I nie, żebyśmy nie wiadomo jak szastali hajsem. Nawet poznani tam Włosi narzekali, że to najdroższy region kraju. Kolejna sprawa – jedzenie. Trzeba było wydać kilka stów, żeby naprawdę dobrze zjeść. Udało nam się to dwa razy. Dosłownie – DWA…

Obrzydliwa pizza

A ta osławiona pizza? Rzeczywiście jest dobra w okolicach Neapolu czy na Sycylii, w Rzymie też, ale na pewno nie pod Krzywą Wieżą w Pizie! Jedliśmy tam najgorszą pizzę ever. Nigdy nie jadamy w takich turystycznych miejscach, ale tym razem byłam tak głodna, że myślałam, że zemdleję. Szybko zajęłam stolik w pierwszej knajpie przy Wieży. Myślałam, że chociaż będzie warto, a tu dostaję grubą gąbkę bez smaku, z naprawdę maaaarnej jakości składnikami… Bleee. Do tej pory jestem w szoku, jak można było podać taką pizzę nie tylko w kraju słynącym z tego wyrobu, ale jeszcze przy jednej z najbardziej znanych budowli na świecie! W ogóle w kilku innych miejscach też dostawaliśmy albo ociekający tłuszczem zakalec albo odgrzewany placek. Aż żałuje, że nie robiłam zdjęć.

W necie znajdziecie dużo tekstów zachwalających Toskanię, więc o plusach nie będę się tutaj rozpisywać, a o minusach, a raczej rozczarowaniach, przeczytacie poniżej.

Piza

Jej główna atrakcja – Krzywa Wieża – stoi na Campo dei Miracoli, czyli tzw. Polu Cudów. Oprócz niej znajdują się tam jeszcze trzy inne średniowieczne dzieła sztuki architektonicznej – katedra, baptysterium (tam odbywały się chrzty) i cmentarz. Wszystkie zostały wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Raz zobaczyłam i wystarczy. Sama wieża szału nie robi, podtrzymałam ją od niechcenia przez chwilę i pojechaliśmy dalej 🙂 Nawet nie chciało nam się na nią wchodzić. Tym bardziej, że bilety kosztowały 18 euro czyli ok. 80 zł, a atrakcja dosyć wątpliwa… Ale jeśli Wy weszliście na górę, to wrzućcie foty. Chętnie zobaczę czy coś straciłam 😊

Niezrozumiały fenomen

Szczerze, to nie rozumiem tego fenomenu. Tzn. rozumiem, bo wszystko co dziwne, inne, przyciąga wzrok, ale żeby akurat 10 milionów ludzi rocznie przyjeżdżało z całego świata do tego niewielkiego miasteczka, żeby ją zobaczyć??? Tak, wiem, sama tam byłam, ale po to m.in. piszę tego bloga, żeby inni nie marnowali czasu na miejsca, do których nie warto jechać J Oczywiście wszystko zależy od gustu, ale jeśli nie jesteście mega fanami architektury, nie macie za dużo hajsu ani dni urlopowych – darujcie sobie. Z drugiej strony, jeśli lubicie oglądać budowle, zwłaszcza w stylu romańskim, to na pewno Wam się spodoba. Bo samej wieży nie ujmuję. W końcu stanowi ona jeden z najsłynniejszych zabytków architektury na świecie, ale jestem przekonana, że gdyby nie jej przechylenie, wpływy z turystyki byłyby duuużo, duuużo niższe.

Dlaczego Krzywa Wieża jest krzywa?

Na pewno wiele z Was zastanawiało się nad tym. Sprawdziłam, że została zbudowana na niestabilnym gruncie, składającym się głównie z piasku i gliny. Zaczęła przechylać się już pięć lat po rozpoczęciu budowy, ale jej konstruktorzy nie tylko nie przerwali prac, ale kontynuowali je przez kolejne… 171 (!!!!) lat. W sumie przez ponad 800 lat budowla przechyliła się aż o cztery i pół metra. Zagadka wyjaśniona 😉

Lukka

Muszę przyznać, że przyjemnie jeździło się po tym jedynym włoskim miasteczku otoczonym w całości murami obronnymi, ale jeśli nie macie za wiele czasu, nie słuchajcie ludzi, którzy twierdzą, że trzeba tam jechać przynajmniej na dwa-trzy dni. My wypożyczyliśmy rowery na kilka godzin i to nam w zupełności wystarczyło.

Klimatyczne wąskie uliczki, romańska i gotycka architektura, świątynie i pałace były naprawdę niezłe, ale nie spodziewajcie się za wiele po jednym z najsłynniejszych placów w mieście – Piazza dellAnfiteatro. Kolejny raz przekonałam się, że nie ma co sobie wyobrażać za wiele. Gdy w końcu dojechaliśmy na miejsce, nie mogłam uwierzyć Grzesiowi, że TO jest ten słynny plac. Byłam przekonana, że robi sobie ze mnie jaja, że to jest jakiś tam placyk po drodze na TEN właściwy plac 🙂

Jednak trochę plusów…

Na temat Florencji nie będę się rozwodzić, bo tekstów o niej powstała cała masa, ale muszę przyznać, że katedra i widok na miasto z góry były naprawdę niezłe.

Cieszyłam się, że w końcu mogę pójść do Galerii Uffizi, by na żywo zobaczyć słynne „Narodziny Wenus” Botticellego

czy przekonać się, jak wyglądają prawdziwe rubensowskie kształty 😉

Piazza del Campo w Sienie też był niczego sobie… i jego okolica również 🙂

Bardzo polecam zwiedzanie po zmroku. Wtedy kościoły, kamienice, wieże i mury są pięknie oświetlone. Ciepły kolor światła przypomina pochodnie, dzięki czemu naprawdę można poczuć się jak w średniowieczu.

Muszę też przyznać, że przyjemnie spacerowało się po Castellina in Chianti, San Gimignano i Castello di Volpaia. W każdym z tych miasteczek koniecznie odbijajcie w boczne uliczki. Udajcie się na przechadzkę pomiędzy średniowiecznymi budynkami, wchodźcie w urocze zaułki, zakamarki i wyobraźcie sobie, jak wyglądało tam życie przed wiekami. Te miasteczka również mnie nie rozczarowały, więc opiszę je w osobnym tekście 🙂

Castellina in Chianti
Castellina in Chianti
Castello di Volpaia
San Gimignano

Długo próbowaliśmy zrobić „typowe zdjęcie z Toskanii”, przedstawiające malownicze widoczki przeplatane krętymi, obsadzonymi szpalerami cyprysów drogami, z imponującymi winnicami i gajami oliwnymi, ale widoki nie robiły jakiegoś mega wrażenia. Zobaczcie sami.

Zdarzały się całkiem niezłe…

Ale większość była taka:

Wiadomo też, że dużo zależy od pogody i słońce z pewnością wydobyłoby prawdziwą esencję z toskańskich krajobrazów. Widocznie nie mieliśmy szczęścia, bo mimo że byliśmy w sierpniu było raczej pochmurno i często padało…

Reasumując

Biorąc pod uwagę wydaną kasę, stwierdzam, że jednak jakość nie była adekwatna do ceny. O kompletnym niezaspokojeniu kubków smakowych nie wspominając. Na koniec jedna rada – pamiętajcie, by nigdy nie oczekiwać zbyt wiele, bo później mało co jest w stanie tym wymaganiom sprostać.  

PS. Żałuję jeszcze tylko, że nie dotarliśmy do Cinque Terre, czyli fragmentu riwiery złożonej z pięciu podobno malowniczych miasteczek położonych nad samym morzem, osadzonych na stromych klifach. Kiedy tam jechaliśmy, okazało się, że nasi bardzo dobrzy znajomi są w Castiglioncello, więc… zawróciliśmy, żeby napić się z nimi wina 🙂 A do Cinque Terre może jeszcze kiedyś pojedziemy, nie ma ciśnienia.