fbpx

Prawdziwa cena naszych ubrań

Obrzęki skórne, nowotwory, napaść fizyczna i seksualna… to nie jedyna cena jaką ponoszą niektórzy pracownicy fabryk, żebyśmy mogli kupić sobie kolejną koszulkę z metką Made in China czy Bangladesh… Wiele z nas kupuje ubrania, pierze je i po prostu nosi. Bez zastanawiania się nad tym, że większość z nich uszyły dzieci pracujące za głodową pensję po kilkanaście godzin dziennie w warunkach zagrażających ich życiu.

Pamiętam jak w trakcie pobytu w Bangkoku „chodziła za mną” ta koszulka…

W dalszej części tekstu dowiecie się, dlaczego założyłam ją dopiero w Brazylii..

Widywałam ją na każdym rogu i chciałam ją mieć, ale Grześ powtarzał, że najlepiej będzie jak takie zakupy zrobimy ostatniego dnia, kiedy pójdziemy obłowić się na Chatuchak – największy targ w stolicy Tajlandii. Nawet nie wiecie jak było mi przykro, gdy okazało się, że na całym bazarze NIE MA tej koszulki… Teraz głupio mi na myśl, że mogłam być tak zawiedziona z tak głupiego powodu, ale wtedy myślałam o niej nawet w samolocie w drodze do domu… Na szczęście jakiś czas później moja koleżanka wybierała się do Bangkoku. Bez większych nadziei opisałam jej tę koszulkę i poprosiłam o kupno. Byłam zachwycona gdy okazało się, że ten wzór jeszcze tam był. Niestety koszulka okazała się marnej jakości. W sumie za tą cenę mogłam się tego spodziewać, ale nie rozumiałam po co ktoś produkuje ubrania, które można założyć tylko raz czy dwa, a później nadają się już tylko na śmietnik. Wtedy zaczęłam zgłębiać temat… i dowiedziałam się smutnej prawdy…

65 groszy?

Dla porównania, uszycie koszuli w USA kosztuje ok. 13 USD, czyli około 43 zł, z czego ok. 24 zł stanowią koszty pracy. Natomiast wyprodukowanie takiej samej koszuli w Bangladeszu to koszt ok. 12 zł, przy czym koszty pracy wynoszą około… 65 groszy! Kto tak naprawdę płaci za te tanie ubrania, które kupujemy?

Robotnicy z azjatyckich fabryk… 

Jak napisała Agnieszka Brzostek z Dziennika Gazety Prawnej: „ONZ za poziom wyznaczający granicę ubóstwa uznał 2 dolary wynagrodzenia dziennie. W krajach takich jak Indie, Wietnam czy Pakistan pracownicy fabryk często nie zarabiają nawet tyle. W Chinach, Indonezji czy Tajlandii płace są trochę wyższe, jednak także koszty życia w tych krajach są większe”.

Przykładowo, w Bangladeszu dopiero po masowych protestach pracownicy przemysłu odzieżowego skłonili rząd do podniesienia miesięcznej płacy minimalnej z 1662 taka (15,20 euro) do 3000 taka (28,30 euro). Co daje NIECAŁY EURO DZIENNIE! Wyobrażacie sobie pracować za ok. 4 złote DZIENNIE? I to po masowych protestach? Oczywiście tam koszty utrzymania są niższe, ale według pracowników z Bangladeszu dopiero 5000 taka (47,32 euro) miesięcznie pokryłoby ich faktyczne koszty utrzymania…

Niestety głodowe pensje to nie jedyny problem…

  1. Obecnie aż 168 mln dzieci w wieku od 5 do 17 lat wykonuje niewolniczą pracę w fabrykach za darmo lub za mniej niż 1,5 dolara dziennie!!!
  2. W azjatyckiej fabryce nadgodziny jednego pracownika wynoszą często nawet 150 godzin miesięcznie. Ponadto, np. w Chinach, mają średnio jedynie 2 dni wolnego w miesiącu… Żeby była jasność – Międzynarodowa Organizacja Pracy przewiduje czas pracy wynoszący 48 tygodniowo…
  3. Azjatyccy pracownicy nie mogą też za bardzo chronić swoich praw, bo związki zawodowe są kontrolowane przez władze… Ona jednak przymyka oko na łamanie praw pracowników i inne nieprawidłowości w fabrykach, ponieważ dochody z przemysłu odzieżowego często stanowią większość wszystkich  państwowych dochodów.
  4. Wielu z nich nie posiada  ubezpieczenia zdrowotnego, nie dostają odszkodowań ani wypłat za czas choroby.
  5. W fabrykach pracują głównie kobiety, a długi czas pracy często kończy się dla nich tragicznie, ponieważ w drodze powrotnej do domu w nocy dochodzi do wielu przypadków napaści fizycznej i seksualnej.
  6. Wielu pracowników nie ma zapewnionej odzieży ochronnej, a pracują często z toksycznymi substancjami. Wiedzieliście, że te sztuczne barwniki, którymi zabarwia się tkaniny powodują wśród pracowników fabryk nie tylko obrzęki skóry, ale przyczyniają się też do zwiększenia zachorowań na nowotwory? Tymi zabójczymi chemikaliami pryska się towar, by chronić go przed pleśnią i innymi grzybami.
  7. Pomieszczenia, w których pracują robotnicy, są nadmiernie zatłoczone i nie spełniają podstawowych standardów bezpieczeństwa. W fabrykach zamyka się zazwyczaj wyjścia awaryjne, żeby utrudnić pracownikom wymykanie się na nieformalne przerwy.

Pamiętacie może jak kilka lat temu na przedmieściach stolicy Bangladeszu, zawalił się budynek, w którym znajdowały się zakłady odzieżowe i centrum handlowe? Zmarło wtedy ponad 1100 osób. Wcześniej robotnicy informowali, że w murach powstają pęknięcia, jednak jak widać, nikt ich nie wysłuchał…  Ponadto, Ci, którzy przeżyli, opowiadali właśnie o zamkniętych wyjściach przeciwpożarowych, które mogły uratować życie setkom osób pracujących w zawalonym budynku…

Co możemy zrobić by nie przyczyniać się do tego haniebnego procederu?

Uwaga na MADE IN…

Nie kupować nic na tych wszystkich targach i bazarach. To żadna pamiątka jak będziecie mogli założyć ją kilka razy… Jednak fast fashion to nie tylko problem Azji… Poważnie zastanówcie się też nad kupieniem ubrań w Polsce, na których jest metka MADE IN CHINA, Wietnam czy Bangladesz. W gruzach wspomnianego przeze mnie wcześniej zawalonego budynku w Bangladeszu znaleziono metki m.in. popularnej w Wielkie Brytanii firmy Primark, Next, a także polskiej Cropp… Wtedy też o korzystanie z niewolniczej pracy oskarżono hiszpańską firmę Inditex, właściciela m.in. takich marek jak Zara, Pull&Bear, Bershka, Stradivarius, Oysho, Zara Home, Massimo Dutti… Znajdujących się u nas praktycznie w każdym centrum handlowym…  (Niestety teraz nie mogę znaleźć tego artykułu, ale kiedyś czytałam o pracownicach azjatyckich fabryk, które wszywały w ubrania prośby o pomoc. Jeśli kojarzycie ten temat i macie konkretny link dodajcie proszę w komentarzu.).

Oczywiście idealnie byłoby kupować tylko ubrania wyprodukowane w Polsce. Na pewno będą droższe, ale uważam, że lepiej mieć mniej a lepszej jakości.

Certyfikaty

Możecie też na metkach szukać informacji o certyfikatach, które gwarantują, że ubrania zostały uszyte i wyprodukowane w godziwych warunkach, bez narażania życia i zdrowia pracowników. Najbardziej popularne to: Global Organie Textile Standard, Fair Trade i Ecolabel.

Jeśli powyższe argumenty Was nie przekonały mam ciekawostkę. Jak podaje Dziennik Gazeta Prawna: „W 2012 roku opinią publiczną wstrząsnęły doniesienia Greenpeace, że ubrania ze znanej sieciówki Zara mogą wywoływać raka i zaburzenia hormonalne. W materiałach, z których szyto spodnie, t-shirty i sukienki hiszpańskiego giganta, wykryto niebezpieczne dla człowieka etoksylaty nonylfenolu, ftalaty i barwniki rakotwórcze.”. Pomyślcie o tym… a nawet jeśli zdecydujecie się je kupić, to koniecznie wypierzcie przed założeniem.

Najgorsza bawełna?

Nie zdawałam sobie sprawy z tego jak bardzo ten materiał szkodzi środowisku i ludziom… Jak podaje Kamil Nadolski w artykule dla Forbes’a: „Żadna inna uprawa nie wymaga tylu środków chemicznych co bawełna. Pochłania 20 proc. globalnego zużycia pestycydów, z których większość jest w Europie zakazana. Aby wyprodukować jeden T-shirt, trzeba zużyć około 20 litrów wody, a wraz z nią do środowiska trafia średnio 20 proc. użytego do farbowania barwnika. W ten sposób rocznie przedostaje się do wód gruntowych ok. 40-50 tys. ton często żrących i rakotwórczych substancji.

Choć wiele firm zapewnia, że wytwarza bawełnę w sposób organiczny (obecnie 0,08 proc. ogólnej produkcji), nie oznacza to, że w dalszym etapie produkcji nie zostanie ona skażona. Wystarczy wspomnieć o dodawanych do tkanin sztucznych barwnikach, spośród których czerń jest kolorem wymagającym użycia największej ilości chemikaliów. Bawełna może być organiczna, ale barwniki już nie.”.

Wniosek?

Nie nakręcajmy machiny konsumpcjonizmu i dwa razy zastanówmy się przed kupnem czegokolwiek. Czy naprawdę potrzebujemy kolejnej czarnej sukienki lub białej bluzki?

Pisząc ten tekst opierałam się na własnych przemyśleniach, a dane liczbowe i niektóre fakty zaczerpnęłam z artykułu Agnieszki Brzostek z Dziennika Gazety Prawnej: link i Kamila Nadolskiego z Forbes’a: link