fbpx

Co warto zobaczyć w Los Angeles… a co lepiej sobie darować?

Kiedy wyjeżdżaliśmy do Stanów i mówiliśmy, że planujemy odwiedzić LA, słyszeliśmy, żebyśmy nie marnowali na to miasto zbyt wiele czasu, że max 2 dni wystarczą. Określano je jako nieciekawe i przereklamowane. Ostrzegano przed mega korkami, dużymi odległościami itp. Po researchu jeszcze w Polsce zdecydowaliśmy się jednak zostać tam 5 dni. Kiedy dojechaliśmy na miejsce żałowaliśmy, że nie możemy spędzić tam całego urlopu. A po tych 5. dniach zaczęliśmy sprawdzać możliwości zostania na stałe 🙂

Jak na planie filmowym

W Mieście Aniołów naprawdę można poczuć się jak na planie filmowym. Ciągle jest się w miejscach, które już się kiedyś widziało… w serialach czy na filmach 🙂 Średnia temperatura to idealne 24 stopnie, a zajebista pogoda utrzymuje się przez 284 dni w roku! To błękitne, bezchmurne niebo, niekończące się kalifornijskie plaże, mnóstwo palm, bryza oceanu, zapach jointów unoszący się w powietrzu i wszechobecny luz sprawiły, że naprawdę nie chciało się wyjeżdżać.

Do zwiedzania LA, podobnie jak NY (o którym możecie przeczytać TU), podeszliśmy raczej standardowo. Nie wyobrażałam sobie, nie pojechać na Venice Beach, Santa Monicę czy nie zrobić zdjęcia przy napisie Hollywood. Łapcie, co warto, a co lepiej sobie darować.

1. Wypożyczcie czerwonego Forda Mustanga, albo chociaż czarnego 😉 – naprawdę warto

Jeszcze przed wylotem wypożyczcie sobie ten „Symbol Kalifornii”. Jeśli już będziecie w LA, to naprawdę warto zaszaleć. Tym bardziej, że cena nie jest tak wygórowana, jak można byłoby się spodziewać. My wynajęliśmy przez netflights.com. Za 6 dni zapłaciliśmy 1 500 zł razem z ubezpieczeniem. Dla porównania – na Barbadosie płaciliśmy 500 zł za jeden dzień za Suzuki Jimny, a na Zakhyntosie 350 zł za Hyundaia i20. Wiadomo, że im dłuższy okres wynajmu tym niższa cena, ale i tak byliśmy zadowoleni. Paliwo też jest stosunkowo niedrogie – 1,84 zł za litr (aktualną cenę możecie sprawdzić na: http://globalpetrolprices.com).

Już kiedy po wylądowaniu wsiedliśmy do wypożyczonego czerwonego Mustanga, zobaczyłam to bezchmurne niebo, słońce i mnóstwo palm, pomyślałam, że to będzie udany urlop. I nie pomyliłam się. Nic a nic.

I puśćcie Notoriousa B.I.G. aka Biggie Smalls
🙂

O ile na Karaibach słuchaliśmy Boba Marley’a, w drodze do Las Vegas Elvisa Presley’a, to w LA leciał głównie Notorious B.I.G. Polecam przede wszystkim: https://www.youtube.com/watch?v=E_B0rOLvAOohttps://www.youtube.com/watch?v=tHcc6mv2KLc

2. Jedźcie na Venice Beach – warto

Venice Beach jest długa, szeroka i na maxa tętni życiem. Wzdłuż promenady zobaczycie wysokie palmy, kolorowe domy, kawiarnie i mnóstwo sklepików. Odbywają się tam liczne pokazy uliczne: taneczne, kaskaderskie, muzyczne. Można też poćwiczyć w siłowni na świeżym powietrzu, pograć w kosza, tenisa, pojeździć na rowerze i rolkach.

 

3. Wsiądźcie na rower i pojedźcie w stronę molo w Santa Monica – warto

Następnego dnia wróciliśmy na Venice Beach. Wynajęliśmy rowery tuż przy wejściu na plażę za 18 dolarów za dzień (czyli ok. 70 zł) i ruszyliśmy tym razem w prawo, w stronę molo w Santa Monica. Z racji dłuższego opisu, więcej info. wrzucam TUTAJ, żeby łatwiej było Wam dobrnąć do końca tego tekstu 😉 

4. Napis Hollywood – chyba szkoda nie zobaczyć

To bez wątpienia znak rozpoznawczy Los Angeles, a także punkt orientacyjny miasta. Znajduje się w łańcuchu gór Santa Monica. Jego białe litery są wysokie na 14 m, a cały napis ciągnie się przez 110 metrów. Na początku stanowił reklamę osiedla mieszkaniowego „HOLLYWOODLAND” (i taki też był pierwotnie napis), ale później stał się synonimem przemysłu filmowego.

Nie marnujcie czasu i nie próbujcie nawet podejść pod sam napis. W 1932 roku pewna młoda aktorka popełniła samobójstwo skacząc z literki H. Aby nie dopuścić do kolejnego nieszczęścia, ale też uniemożliwić akty wandalizmu, napis ogrodzono siatką z drutem kolczastym. Zainstalowano też nie tylko 24-godzinny monitoring, czujniki ruchu, alarmy i mikrofony, ale dodatkowo co jakiś czas nad wzgórzem przelatuje helikopterowy patrol.

CIEKAWOSTKA: W latach 70-tych pewien dowcipniś i miłośnik marihuany rozwiesił płachty na obu literach „O”, zmieniając napis na HOLLYWEED 🙂

Keanu Reeves we własnej osobie!

Po zrobieniu tego zdjęcia zatrzymaliśmy samochód na chodniku. Ja zostałam w samochodzie, a Grześ robił foty samego napisu z innej perspektywy. Nagle patrzę – Keanu Reeves we własnej osobie!! Wysiada z samochodu i idzie w stronę domu. Jakieś 15 metrów ode mnie!! Już mam otwierać drzwi i lecieć do niego, gdy nagle dostrzegam jego spłoszone spojrzenie. „Nic dziwnego” – zdążyłam pomyśleć – „W jednej ręce mam aparat, w drugiej kamerkę GO PRO i patrzę na niego jak sroka w gnat”… Zrobiło mi się głupio, zaczęłam podnosić ręce w geście oznaczającym ”Spoko, leć śmiało, nie jestem żadną psychofanką…”, gdy nagle słyszę krzyk Grzesia. Keanu też go słyszy. Odwracam głowę, patrzę jak daje dyla do domu i… tyle go widziałam. Chociaż muszę przyznać, że gdyby to był Brad Pitt, nie odpuściłabym tak szybko i pewnie poniżej widzielibyście już fotę z nim, albo chociaż taką jak daje dyla do domu 🙂

5. Beverly Hills – warto

Mnóstwo palm ciągnących się wzdłuż drogi, na maxa równo przycięte trawniki, egzotyczna roślinność. Gdzie nie spojrzycie, zobaczycie dostatek i przepych. I luksusowe samochody. Mnóstwo luksusowych samochodów najdroższych marek. Myślałam, że Grzesiowi głowa się urwie 🙂 Machał nią co chwilę, raz w lewo, raz w prawo, krzycząc: „Patrz, jaki Rolls Royce… a teraz Bentley”, „Niezły McLaren zaraz przejedzie”… haha

Rodeo Drive

Jak już będziecie w tej jednej z najbogatszych dzielnic w USA, pojedźcie na Rodeo Drive. Samochód możecie zostawić na publicznym parkingu. Za 12 dolarów, czyli ok. 45 zł za pierwsze dwie godziny postoju. Jeśli nie planujecie zakupów, możecie tylko przejechać się po tej najdroższej ulicy w Stanach. Po drodze będziecie mijać największe i najbardziej ekskluzywne sklepy takie jak: Louis Vuitton, Gucci i Versace.

CIEKAWOSTKA: dla przykładu, żebyście wiedzieli o jakiej skali luksusu mowa, słyszałam, że depozyt za wejście do sklepu „Bijan Store” wynosi 1 500 dolarów, czyli ok. 6 tys. złotych… A zwykła torba na zakupy, tylko, że z firmowym logo, kosztuje – uwaga – 5 000 dolarów, czyli ok. 20 000 zł… Gdybym tam nie była na pewno ciężko byłoby mi uwierzyć w te rewelacje… Biorąc pod uwagę, ilu ludzi głoduje na świecie, nie mieści mi się w głowie, jak można na ubranie wydać kilka tysięcy, a co dopiero kilka razy więcej…na torbę na zakupy!

I KOLEJNA: Dzisiaj Beverly Hills jest synonimem przepychu i luksusowego życia… Ale wiecie, że jeszcze kilkadziesiąt lat temu była to farma, na której hodowano głównie… fasolę? 🙂

6. Idźcie na mecz koszykówki do Staples Center (ale jak nie należycie do miłośników tego sportu i nie macie za wiele czasu, to sobie darujcie)

Fani koszykówki z pewnością nie będą się nawet zastanawiać. Mnie namówił Grześ. Byliśmy na meczu Clippersów i Utah Jazz. Muszę przyznać, że było to ciekawe doświadczenie. Bilety kupiliśmy na http://stubhub.com. Za dwa zapłaciliśmy 137 dolarów (czyli ok. 520 złotych), ale to akurat były play-offy. Za bilety na zwykłe mecze możecie zapłacić nawet 6 dolarów, czyli ok. 25 złotych za osobę.

Zdziwiło mnie tylko, gdy na koniec Grześ poszedł do łazienki, a ja zagadałam się z koleżanką na Messengerze i nagle wokół mnie opustoszało. Trochę się zagubiłam w poszukiwaniu Grzesia i wyjścia. Nie spotkałam nikogo oprócz dziwnie patrzących na mnie ochroniarzy. Chyba myśleli, że coś kombinuję, bo w końcu jeden z nich podszedł i zapytał wprost czemu tak się kręcę… Te wyjścia wyglądały tak podobnie, że zanim zorientowałam się, że chodzę w kółko, zrobiłam chyba ze dwa okrążenia 🙂 W końcu zeszłam na dół i jakimś cudem trafiłam na Grzesia. Byłam w szoku jak kilkanaście tysięcy ludzi w ciągu kilku minut zdążyło opuścić halę i od razu pomyślałam o wyjściu z Torwaru…

7. Pojedźcie na wycieczkę do studia filmowego – warto

Odwiedźcie chociaż jedno studio filmowe, na przykład: Universal Studios (chociaż to podobno akurat bardziej jest park rozrywki), Sony Pictures czy Warner Bros. My wybraliśmy to ostatnie, ponieważ jako fanka „Przyjaciół” musiałam zajrzeć do Central Perku (nie, nie, to nie literówka :)). Muszę przyznać, że fajnie było zobaczyć te wszystkie miejsca, w których nakręcono m. in.: „La La Land, , „Władcę Pierścieni”, „Przyjaciół” czy 
„Teorię Wielkiego Podrywu”.

Więcej o tej wycieczce przeczytacie TU:

8. Downtown – warto, jeśli macie np. cały wolny dzień

Centrum Los Angeles to typowo biznesowa dzielnica z drapaczami chmur. Jednak zobaczycie tam też na przykład słynną futurystyczną Walt Disney Concert Hall. Możecie przespacerować się i odpocząć w Grand Parku, z mnóstwem drzew i krzewów z różnych zakątków globu. Na obiad koniecznie pójdźcie do Grand Central Market, gdzie zjecie dania kuchni chyba całego świata. Warto odwiedzić też Art’s District. Jednak po drodze do Downtown bądźcie przygotowani na korki.


Walt Disney Concert Hall 
Grand Central Market, gdzie zjecie dania kuchni chyba całego świata. Zdjęcie nie oddaje klimatu, ale naprawdę warto pójść.

9. Hollywood Boulevard – jeśli nie macie za wiele czasu, to sobie darujcie

Słynna Aleja Gwiazd ciągnie się przez prawie 2 kilometry. Znajduje się na niej ponad 2 600 różowo-mosiężnych gwiazd wtopionych w chodnik. Przy tych najpopularniejszych jest naprawdę mega tłum. W pobliżu Kodak Theatre zobaczycie ludzi przebranych za postacie ze znanych filmów i bajek.


10. Przejedźcie się Mullholland Drive (ale jak nie macie za wiele czasu, to na pewno sobie darujcie)

Ta filmowa droga liczy 34 kilometry i ciągnie się przez wzgórza Hollywood. Jeśli chcecie zobaczyć Los Angeles z innej perspektywy i jedne z najdroższych domów na świecie (z bardzo, bardzo daleka), to jedźcie 🙂 Ale nie łudźcie się, że spotkacie tam jakąś gwiazdę. W sumie to atrakcja taka jak zdjęcia, czyli marna 🙂

11. Wycieczka szlakiem sławnych gwiazd – absolutnie sobie darujcie!

Będąc na Hollywood Boulevard, a dokładniej w okolicy Dolby Theatre (słynnego teatru, w którym organizowana jest gala rozdania Oscarów), spontanicznie postanowiliśmy wykupić wycieczkę szlakiem sławnych gwiazd. Bilet kosztował 40 dolarów od osoby, czyli ok. 160 zł, ale stargowaliśmy do 15. Trasa obejmowała Mulholland Drive, Beverly Hills, Rodeo Drive i Sunset Boulevard. Ktoś jeszcze w Polsce ją zachwalał… Nie wiem co nas podkusiło, że posłuchaliśmy…. Nie dość, że poza wielkimi żywopłotami i ogromnymi bramami niewiele zobaczyliśmy, to jeszcze kompletnie najarany kierowca busiku bez dachu mówił co chwilę tekst w stylu: „Ooooo patrzcie, patrzcie, przecież to….” I kiedy nasi współtowarzysze rzucali się z aparatami w kierunku, w którym patrzył kierowca, on kończył zdanie: „…a nie, jednak nie” 🙂 My daliśmy się nabrać na ten tekst tylko za pierwszym razem 🙂

A tutaj to nawet z Bradem Pittem bym nie zamieszkała 🙂

Rod Steward

Co prawda widzieliśmy na Rodeo Drive Roda Stewarda… Mało tego, nawet nagrałam go na kamerkę. A w zasadzie myślałam, że nagrywam, bo kiedy wieczorem Grześ chciał zobaczyć filmik, okazało się, że jest na nim kawałek sklepu i niebo 🙂

Nic nie straciliśmy, po prostu siedział w samochodzie, patrzył przed siebie, a później spojrzał w stronę sklepu 🙂

John Travolta na leżaku

Na koniec, kiedy już nie zobaczyliśmy nikogo sławnego oprócz Roda, kierowca z braku laku zatrzymał się pod jakąś bramą i twierdził, że pomiędzy szczebelkami możemy zobaczyć opalającego się na leżaku Johna Travoltę! Hahaha! Po spędzeniu prawie dwóch godzin z tym zjaranym kolesiem tylko od niechcenia rzuciliśmy okiem. Było widać tylko, że ktoś jest za bramą. Śmiałam się, że to pewnie ogrodnik na chwilę położył się na leżaku, ale nasi współtowarzysze na bank w świat puszczą historię jak to główny bohater Pulp Fiction opalał się dwa metry od nich. Tuż przy bramie. Przy głównej drodze, hahaha.

12. Griffith Observatory – podobno warto

Nam nie starczyło czasu, ale podobno jest to jedna z największych atrakcji turystycznych w LA. A to za sprawą przepięknej panoramy rozprzestrzeniającej się właśnie z tego miejsca. Podobno widok na rozświetlone Miasto Aniołów zapiera dech w piersiach, dlatego warto wybrać się tam w nocy. My niestety widzieliśmy Griffith Observatory tylko w musicalu „La La Land” 🙁