fbpx

Bangkok – co warto?

UWAGA! To najdłuższy tekst na blogu, ale uwierzcie, robiłam wiele, by go skrócić… i naprawdę warto przeczytać do końca 🙂

„Najgorętsza stolica świata”, „mekka podróżników”, „prawdziwy raj dla smakoszy” – tymi słowami określa się Bangkok. To też miasto kontrastów, które się kocha albo nienawidzi. Ja, mimo, że później byłam jeszcze na Karaibach, w Brazylii, USA, Japonii i wielu innych miejscach, to nie tylko Bangkok, ale całą Tajlandię, pokochałam najmocniej i z ręką na sercu polecam ją każdemu! Mało tego, na emeryturze zamierzam osiąść na jakiejś tajlandzkiej wyspie 🙂

Grześ powiedział mi kiedyś, że w trakcie każdej podróży ma taki moment, w którym zastanawia się, czy gdyby nasz urlop skończył się właśnie na tym etapie, to czy uznałby, że warto było przyjechać w dane miejsce czy nie.

Zaczęłam robić tak samo i na przykład po 11. dniach spędzonych w Japonii nadal nie uważałam, że gdybym musiała natychmiast wracać do domu, to byłabym zadowolona z tego, co do tej pory widziałam… (o tym napiszę wkrótce). Zupełnie inne odczucia miałam z Tajlandią…

Satysfakcja z urlopu już po pierwszym dniu

Już PIERWSZEGO WIECZORU, kiedy piliśmy lokalne browarki na wygodnych kanapach, wśród bujnej zieleni, w niezadaszonej części hostelu w Bangkoku, powiedziałam Grzesiowi, że nawet gdybyśmy musieli wracać do domu następnego dnia, to i tak byłby to mój najlepszy wyjazd. A przecież jeszcze nie zdążyliśmy nawet pojechać na żadną z malowniczych, rajskich wysepek… Nie widziałam więc ani turkusowej wody, ani białego piasku i zielonych palm. Wystarczyły mi te wszystkie smaki, zapachy, kolory… Podkreślam, że byliśmy po około 24-godzinnej (!) podróży z Polski. W hostelu zdążyliśmy tylko wykąpać się i nie marnując czasu na sen, ruszyliśmy w miasto. Bez żadnego konkretnego planu, po prostu włóczyliśmy się po uliczkach i raczyliśmy się smakołykami tajskiego street foodu.

TEN Z A P A C H!!!

Co mnie najbardziej urzekło? ZAPACH!!! Nigdy wcześniej na żadnych urlopie nie zwracałam na to uwagi. Dopiero w Tajlandii, gdy poczułam tę mieszankę egzotycznych kwiatów i przepysznych tajskich przysmaków poczułam się jak w niebie. Dosłownie – wdychałam powietrze i czułam się jakbym była w RAJU. Drugi raz przeżyłam coś podobnego, jak tylko wyszłam z lotniska w Brazylii. To było chyba połączenie wilgotnego, ciepłego powietrza i egzotycznej roślinności. Żadne słowa, które przychodzą mi do głowy nie są w stanie oddać tego uczucia. Ciężko to opisać, to trzeba po prostu poczuć! W zasadzie mogłabym lecieć tam tylko po to, by wdychać ten zapach 🙂

Alee do rzeczy… Łapcie, co polecam w Bangkoku. Kolejność przypadkowa 😉

1. Spacer po Khao San Road, Rambuttri, tajski masaż i… garnitury

Jak zauważył Grześ: „Khao San nazywana jest mekką podróżników, ale ktoś, kto spędza tam za dużo czasu, to lamus turystyczny” 😉 Pamiętajcie o tym i nie zasiedźcie się 🙂 Zbyt wiele pięknych miejsc na Was czeka. Niemniej jednak przynajmniej na dwie godziny warto tam pójść. Dlaczego? Przeczytajcie TUTAJ.

2. Chinatown

Nie interesowały nas tam żadne sklepy jubilerskie, odzieżowe, ze sprzętem elektronicznym, z pamiątkami czy antykami. My tam chodziliśmy JEŚĆ. Bowiem Chinatown oprócz tego, że jest jednym z głównych centrów handlowych, jest też mekką dla miłośników azjatyckiej kuchni! Polecam wybrać się tam w tygodniu, ponieważ w weekendy nie sposób uniknąć mega tłumów. Bądźcie też czujni, pełno tam kieszonkowców.

Czego chcieć więcej?

Dzielnica zaczyna tętnić życiem wieczorami. Warto zejść z głównej, pełnej chińskich napisów i neonów, ulicy Yaowarat, w boczne uliczki z mnóstwem straganów i lokali z pływającymi przed nimi w akwariach rybami i owocami morza. Wystarczy wskazać, co chcecie, by po dłuższej chwili mieć to na swoim talerzu. Możecie skosztować tam nie tylko kuchni chińskiej, ale też tajskiej. Świeże jedzenie, przygotowane przez świetnych kucharzy, w bardzo przystępnych cenach… Czego chcieć więcej?

My do Chinatown wracaliśmy trzy razy ze względu na to miejsce:

I te dania:

Grzesiowi raz leciała krew z nosa w trakcie jedzenia tej na maxa ostrej zupy, ale i tak nie przestawał jeść 🙂 Może to będzie dla Was jakaś rekomendacja 😉

Za dnia też poszliśmy 🙂

I zostaliśmy do wieczora 🙂

Co zobaczyć w Chinatown?

W centrum Chinatown znajduje się chińska buddyjska świątynia Wat Mangkon Kamalawat. Stanowi ona centralny punkt podczas ważnych dla Chińczyków świąt, np. Chińskiego Nowego Roku. My akurat w niej nie byliśmy, ale polecamy odwiedzenie świątyni Złotego Buddy (Wat Traimit). Jego posąg wykonany jest z 5 ton litego złota (!). Możecie wstąpić też do muzeum, w którym dowiecie się, skąd wzięli się Chińczycy w Bangkoku i jak rozwijała się ta społeczność na przestrzeni wieków.

Warto zobaczyć również olbrzymią czerwoną Bramę Chinatown, która stanowi symbol prosperity tajskiej i chińskiej ludności pod władzą króla.

A później już do woli rozkoszujcie się jedzeniem 🙂

3. Transport rzeczny

Naszym ulubionym środkiem transportu w Bangkoku były łodzie na rzece Chao Phraya – doskonała alternatywa dla zatłoczonych ulic. Zamiast stać w korkach w upale i wdychać spaliny można nie tylko szybko i tanio przemieścić się z punktu A do B, ale też poczuć przyjemny wiatr na twarzach i rozkoszować się widokiem na miasto z innej perspektywy.

Łodzie jak tramwaje

Rzeki i kanały przez lata były w stolicy Tajlandii jedynymi szlakami komunikacyjnymi, więc uwierzcie mi na słowo, że mają tam wszystko ogarnięte. Za pierwszym razem system łodzi i ich różnokolorowych flag może być niezrozumiały, na pewno szybko załapiecie, jak przemieszczać się wzdłuż rzeki. My korzystaliśmy z łodzi ekspresowych, które poruszają się po trasach jak tramwaje i zatrzymują się na oznakowanych przystankach. Na nich znajdują się plany różnych linii oznaczonych odpowiednimi kolorami. Do ważnych dla turystów przystani dopływają w zasadzie wszystkie. Bilety można kupić na łodzi za ok. 20 bahtów (ok. 3 zł). Wielką dogodnością jest to, że niektóre przystanie znajdują się w pobliżu głównych turystycznych miejsc. My wybraliśmy transport rzeczny udając się np.z Khao San do Wat Pho (Świątyni Leżącego Buddy), a później do Wielkiego Pałacu Królewskiego.

Kilka rad:

  1. Miejcie przy sobie drobne, ponieważ sprzedawcy mogą mieć problem z wydaniem reszty.
  2. Postój jest krótki, dlatego szybko musicie wchodzić i schodzić z łodzi
  3. Kiedy będziecie zbliżać się do właściwej przystani, musicie przejść na rufę.
  4. Pamiętajcie, nie wszystkie linie zatrzymują się na każdej przystani, dlatego koniecznie sprawdźcie wcześniej mapę – poszczególne trasy są oznaczone kolorami.
  5. Weźcie pod uwagę również to, że w godzinach szczytu może być tam bardzo tłoczno.
  6. Jeśli chcecie przedostać się tylko na drugą stronę rzeki, np. z przystani Tha Tien niedaleko Wat Pho do Wat Arun (Świątyni Świtu), możecie skorzystać z promów (za ok. 3 bathy, czyli ok. 20 gr). Są one dostępne w większości przystani.

4. Świątynie

Koniecznie odwiedźcie chociaż jedną świątynię. Polecam Wat Pho (Świątynię Odpoczywającego Buddy), Wat Arun (Świątynię Świtu) i Wat Phra Kaew (w kompleksie Pałacu Królewskiego). Poświęciłam im osobny tekst, który możecie przeczytać TU.

Po zwiedzeniu Wat Pho udaliśmy się do znajdującego się nieopodal kompleksu Wielkiego Pałacu Królewskiego. Spacer zajął nam ok. 10 min. Wystarczyło pójść w lewo ulicą Thai Wang Alley i na pierwszym skrzyżowaniu skręcić w prawo w Maha Rat Rd.

5. Wielki Pałac Królewski (The Grand Royal Palace)

To nie tylko największa atrakcja turystyczna w mieście, ale też jeden z najczęściej odwiedzanych pałaców na świecie. Codziennie bilety wstępu kupuje ok. 5-10 tysięcy turystów. The Grand Royal Palace znajduje się w zakolu rzeki Chao Phraya, na jej wschodnim brzegu, w samym środku Starego Miasta Królewskiego. Zajmuje powierzchnię ponad 218 m² i otoczony jest prawie dwukilometrowym białym murem obronnym.

Część świecka i religijna

Kompleks dzieli się na dwie części: świecką (znajdują się w niej pomieszczenia mieszkalne króla i jego rodziny, a także sale recepcyjne, służące do celów reprezentacyjnych) oraz część religijną (w skład której wchodzi kompleks świątynny Wat Phra Kaew). Obie części zostały zbudowane w 1782 r. przez Króla Ramę I. Od tamtej pory przez 150 lat Wielki Pałac był oficjalną rezydencją królów, dworu królewskiego oraz administracyjną siedzibą rządu. Obecnie rezydencję królewską stanowi pałac Chitralada, jednak w The Grand Royal Palace nadal odbywają się najważniejsze uroczystości dworskie i państwowe.

Zespół pałacowy

to pełne przepychu budowle, na których tle wyróżnia się oczywiście olbrzymi Wielki Pałac Królewski ze śnieżno-białymi ścianami i charakterystycznymi dla tradycyjnego tajskiego budownictwa wielopoziomowymi, złoconymi dachami. Niesamowite wrażenie robią też nie tylko budynki ze złotymi strzelistymi wieżami, misternymi zdobieniami i kilkoma zielono-czerwonymi, kaskadowo opadającymi dachami, ale także ich wnętrza z przepięknymi malowidłami, złotem i masą perłową. Cały kompleks stanowi mieszankę tajskiej egzotyki i europejskiej klasyki, która wprawia w nie lada zachwyt i tworzy niepowtarzalny klimat. 

Informacje praktyczne

Godziny otwarcia

Wielki Pałac Królewski otwarty jest w godzinach: 8:30-15:30.

Warto udać się tam zaraz po otwarciu, by uniknąć tłumów i upału. Niestety wysokie mury utrudniają przepływ świeżego powietrza, w związku z tym na terenie Pałacu jest bardzo gorąco. Przy wejściu dostaniecie bezpłatną broszurkę informacyjną z mapką w najpopularniejszych językach.

Ceny

Bilet kosztuje 500 bahtów (ok. 60 zł). Najlepiej kupić go w kasie biletowej na terenie świątyni, ponieważ te od okolicznych sprzedawców mogą okazać się trefne. Jeśli macie zbyt krótkie szorty lub sukienkę z dekoltem, na miejscu możecie wypożyczyć spódnice, długie spodnie i koszule. W depozycie trzeba wtedy zostawić 200 bahtów (ok. 30 zł) za jedną sztukę odzieży.

Samodzielne zwiedzanie zajęło nam ok. 1,5 godziny, z przewodnikiem jest podobno dwa razy dłużej.  

6. Przejażdżka tuk-tukiem

Te małe, trójkołowe pojazdy służą za taksówki i są stałym elementem krajobrazu Bangkoku. Podobno ich nazwa pochodzi od charakterystycznego dźwięku pracującego silnika dwusuwowego. Żeby była jasność – tuk-tuk nie jest najlepszym środkiem lokomocji: stoi w korkach, a przejażdżka nim może przyprawić o szybsze bicie serca. Niektórzy wręcz mówią wprost, że to czyste szaleństwo! Ta zmotoryzowana riksza nie dość, że ma bardzo niewielką strefę zgniotu, to jeszcze nie ma pasów bezpieczeństwa!

Mimo wszystko z pewnością uważam, że to jedno z bardziej interesujących azjatyckich przeżyć, dlatego przejażdżkę tuk-tukiem uznałam za obowiązkową atrakcję. Poza tym, jak mówią, być w Bangkoku i nie jechać tuktukiem, to jak być w Paryżu i nie zobaczyć wieży Eiffla albo w Rzymie Koloseum 🙂

Jak nie dać się oszukać?

Ale musicie uważać, bo nieświadomych łatwo oszukać, a chętnych nie brakuje! Im szybciej ogarniecie ile mniej więcej powinien kosztować przejazd z punktu A do punktu B, tym lepiej. Jeśli kompletnie nie będziecie znać realiów, kierowcy prawdopodobnie szybko to wyczują i podadzą Wam cenę nawet czterokrotnie wyższą!

My z racji korków skorzystaliśmy z tuk-tuka tylko dwa razy i za podobny, dosyć długi, odcinek, o tej samej porze, zapłaciliśmy po negocjacjach ok. 12 bahtów (ok. 15 zł). Zawsze warto ustalać wysokość opłaty przed odjazdem, żeby na miejscu nie było niespodzianki. Twardo się targujcie, ale nie kłóćcie 🙂 Pamiętajcie, że stawka jest liczona od trasy, a nie od osoby – bo tak też mogą Wam mówić – więc nie dajcie się zwieść. Oczywiście będzie wyższa w godzinach szczytu, bo podróż zajmuje więcej czasu. Kierowcy tuk-tuków raczej nie mówią dobrze po angielsku, dlatego warto mieć przy sobie mapę i pokazać dokąd chcecie jechać.

Uważajcie na „nieczynne” atrakcje

Jak już wspomniałam w artykule dotyczącym świątyń, wielu kierowców tuk-tuków będzie twierdziło, że wybrana przez Was atrakcja jest nieczynna akurat w danym momencie. W rzeczywistości, pod pretekstem taniej wycieczki po mieście, będą chcieli zawieść Was do bardzo drogich sklepów, w których za Wasze zakupy otrzymają prowizję. Zmieńcie wtedy po prostu kierowcę albo środek transportu.

7. Rejs kanałami Thonburi

W trakcie rejsu z pewnością zaobserwujecie duży kontrast i zobaczycie stolicę Tajlandii z innej perspektywy… W związku z dużą liczbą zdjęć, które chciałam Wam pokazać, opisałam ten rejs w oddzielnym wpisie. Zapraszam TU.

I na koniec ciekawostka…

Czy wiedzieliście, że nie tylko Los Angeles nazywane jest Miastem Aniołów? 🙂

Nazwa „Bangkok” funkcjonuje w międzynarodowym użyciu, jednak w oficjalnym oznakowaniu w Tajlandii, np. na drogowskazach, widnieje nazwa „Krung Thep Maha Nakhon”, czyli „Miasto aniołów, wielkie miasto”. Tajowie stosują zwykle krótszą formę – „Krung Thep”.

Pełna oficjalna nazwa

Natomiast pełna oficjalna nazwa jest najdłuższą nazwą miejscowości na świecie. Trafiła nawet do księgi Rekordów Guinnessa. Pisana alfabetem łacińskim zawiera 169 liter i brzmi:

Krung Thep Maha Nakhon Amon Rattanakosin Mahinthrayutthaya Maha Dilokphop Noppharat Ratchathani Burirom Udom Ratchaniwet Maha Sathan Amon Piman Awathan Sathit Sakkhathattiya Witsanukam Prasit

Co można przetłumaczyć tak:

Miasto aniołów, wielkie miasto, miejsce pobytu świętego klejnotu Indry (Szmaragdowy Budda), miasto boga nie do zdobycia, wielka stolica świata, ozdobiona dziewięcioma drogimi kamieniami, bogata w potężne pałace królewskie, równe niebiańskiej siedzibie odrodzonego boga, miasto podarowane przez Indrę i zbudowane przez Wisznu.

Natomiast pisana tajskim alfabetem składa się ze 139 znaków bez spacji i wygląda tak:

กรุงเทพมหานคร อมรรัตนโกสินทร์ มหินทรายุธยามหาดิลก ภพนพรัตน์ ราชธานีบุรีรมย์ อุดมราชนิเวศน์ มหาสถาน อมรพิมาน อวตารสถิต สักกะทัตติยะ วิษณุกรรมประสิทธิ์

Uff cieszę się, że nie muszę tego przepisywać 🙂

Podsumowując

Bangkok to miasto kontrastów. Z jednej strony zobaczyć można bogato zdobione buddyjskie świątynie i luksusowe hotele, a z drugiej rozwalające się, brudne domy z blachy itp. Stolicę Tajlandii kocha się albo nienawidzi. Ja jestem zachwycona! Żadne inne miasto tak mnie nie urzekło. A kolejne dni były jeszcze lepsze: rozkoszowaliśmy się cudownymi widokami na wyspach Phi Phi, byliśmy na przykład na słynnej „Niebiańskiej plaży”, odpoczywaliśmy na białym piasku, pływaliśmy w krystalicznie czystej wodzie przy Bamboo Island, POWIEDZIAŁAM „TAK” w blasku zachodzącego słońca na Ko Phangan, a do Polski wróciliśmy z wielkim bagażem wspomnień i przekonaniem, że jeszcze nie raz tam polecimy. Jak już pisałam, mimo, że później byłam jeszcze w Brazylii, Argentynie, USA, Japonii, na Karaibach i wielu innych miejscach, to Tajlandię pokochałam całym sercem i polecam ją każdemu!